W niewielkiej, liczącej około dziesięciu tysięcy dorosłych mieszkańców Sobótce rozpoczął się jeden z najpoważniejszych politycznych momentów ostatnich lat. Do Delegatury Krajowego Biura Wyborczego we Wrocławiu trafiły dokumenty inicjujące referendum w sprawie odwołania burmistrza Mirosława Jarosza oraz Rady Miejskiej.
Pod wnioskiem podpisało się blisko 2200 osób. To ponad dwukrotnie więcej niż wymagane ustawowo 1029 podpisów. Liczby te nie pozostawiają wątpliwości – sprawa nie dotyczy wąskiej grupy, lecz znaczącej części lokalnej społeczności.
Przeczytaj również: Nowy park na Kępie Mieszczańskiej
Dwa tygodnie, tysiące podpisów
Inicjatorzy referendum podkreślają, że zbiórka podpisów była wyrazem narastającego od miesięcy niezadowolenia. W ciągu zaledwie dwóch tygodni udało się zebrać ponad 20 procent wymaganej liczby podpisów wśród uprawnionych mieszkańców.
Według pełnomocnika inicjatywy referendalnej Pawła Pawlickiego nie była to spontaniczna reakcja ani działanie pod wpływem chwilowych emocji. Jak zaznaczają organizatorzy, mieszkańcy przez długi czas analizowali decyzje podejmowane przez władze gminy, przyglądali się finansom i kierunkom rozwoju samorządu. Dopiero po miesiącach dyskusji i wymiany argumentów zapadła decyzja o uruchomieniu formalnej procedury.
Ich zdaniem obecne władze podejmują decyzje, które w dłuższej perspektywie mogą negatywnie odbić się na budżecie gminy i jej stabilności finansowej.
Spór o przeniesienie urzędu
Jednym z głównych punktów zapalnych stała się decyzja o przeniesieniu urzędu miasta do nowego budynku. Część mieszkańców uważa, że zmiana została przeprowadzona zbyt szybko, bez wystarczających konsultacji społecznych i bez niezależnych ekspertyz finansowych.
Członkowie inicjatywy referendalnej wskazują, że w ich ocenie tak istotne decyzje powinny być poprzedzone szeroką debatą oraz analizą przygotowaną przez zewnętrznych ekspertów. Jednakże nie chodzi – jak podkreślają – o podważanie kompetencji pracowników gminy. Chodzi natomiast o zapewnienie pełnej transparentności i maksymalnej rzetelności w wydatkowaniu publicznych pieniędzy.
Dla wielu mieszkańców to nie tylko kwestia lokalizacji urzędu, lecz symbol szerszego problemu: poczucia braku wpływu na strategiczne decyzje dotyczące przyszłości gminy.
Burmistrz: jest grupa oponentów
Do sytuacji odniósł się burmistrz Mirosław Jarosz, który w rozmowie radiowej przyznał, że od początku swojej kadencji mierzy się z krytyką części środowiska. Jego zdaniem istnieje grupa oponentów, którzy konsekwentnie sprzeciwiają się jego działaniom.
Burmistrz podkreśla, że sposób przedstawiania jego pracy oraz funkcjonowania urzędu bywa – w jego ocenie – jednostronny i nie oddaje pełnego obrazu sytuacji. Sugeruje, że narracja towarzysząca zbiórce podpisów mogła wpłynąć na decyzje części mieszkańców.
Spór przeniósł się więc nie tylko na poziom faktów i dokumentów, ale także na pole interpretacji i zaufania.
Gmina w stanie napięcia
W małej społeczności każda decyzja ma szczególny ciężar. Tu wszyscy się znają, a polityka lokalna nie jest abstrakcyjną grą, lecz codziennością. Referendum oznacza poważne wstrząsy w życiu samorządu. Otwiera debatę o stylu zarządzania, tempie inwestycji, poziomie zadłużenia i sposobie komunikacji z mieszkańcami.
Dla jednych to narzędzie obywatelskiej kontroli i wyraz odpowiedzialności za wspólne finanse. Dla innych – próba destabilizacji władzy w trakcie realizacji rozpoczętych projektów.
Co dalej
Teraz kluczową rolę odegra komisarz wyborczy, który ma 30 dni na weryfikację złożonych podpisów. Jeśli zostaną one uznane za ważne, zapadnie decyzja o przeprowadzeniu referendum.
Wtedy to mieszkańcy Sobótki zdecydują przy urnach, czy obecne władze powinny kontynuować swoje działania, czy też gmina potrzebuje nowego otwarcia.
Niezależnie od wyniku, jedno jest pewne: Sobótka znalazła się w momencie próby. To chwila, w której lokalna demokracja przechodzi swój najważniejszy test – test zaufania, odpowiedzialności i dojrzałości obywatelskiej.
