W samym sercu Wrocławia, zaledwie kilka kroków od tętniącego życiem Rynku, istnieje przestrzeń, w której pośpiech nie ma wstępu. W Przejściu Żelaźniczym czas odmierza się inaczej – spokojnie, rytmicznie, w takt cichego tykania zabytkowych mechanizmów. Od 46 lat działa tu zegarmistrz Janusz Laudański, miejsce wyjątkowe nie tylko na mapie miasta, ale i w pamięci wielu wrocławskich rodzin.

Przeczytaj również: Pałac, który odzyskał głos. Altus Palace – nowa definicja luksusu we Wrocławiu

Próg innej epoki

Wystarczy przekroczyć próg niewielkiego warsztatu, by poczuć, że rzeczywistość zwalnia. Na ścianach wiszą dziesiątki zegarów, z których każdy ma własny rytm i własną historię. Powietrze wypełnia zapach starego drewna, olejów i metalu, a na blatach leżą precyzyjne narzędzia, których użycie wymaga cierpliwości i absolutnej koncentracji.

To nie jest zwykły zakład usługowy. To miejsce, w którym przeszłość wciąż żyje, a każda naprawa staje się dialogiem z historią. Warsztat prowadzi dziś Janusz Laudański wspólnie z synem Michałem, kontynuując tradycję, która trwa nieprzerwanie od blisko pół wieku.

Droga od pasji do zawodu

Historia zakładu nie zaczęła się od rodzinnej tradycji zegarmistrzowskiej. Janusz Laudański jest samoukiem. Zanim zajął się zegarami zawodowo, pracował w Polskiej Akademii Nauk jako specjalista od szkła laboratoryjnego. Precyzja była więc obecna w jego życiu od zawsze, choć w zupełnie innym wymiarze.

Zegary pojawiły się najpierw jako pasja. Kolekcjonowanie, studiowanie literatury, rozmowy z mistrzami rzemiosła – to one stopniowo budowały wiedzę i doświadczenie. Z czasem do pana Janusza zaczęli zgłaszać się inni kolekcjonerzy. Widząc, że potrafi przywracać życie zabytkowym mechanizmom, powierzali mu coraz cenniejsze egzemplarze.

Decyzja o otwarciu własnego zakładu była odważna. Oznaczała rezygnację z etatu i bezpieczeństwa na rzecz niepewności. Jak sam wspomina, była to próba życia na własnych zasadach. Jeśli się uda – zostanie. Jeśli nie – wróci do dawnego zawodu. Został na 46 lat.

Chcesz zadbać o stan swojego uzębienia? Dzięki usługom dentysta Wrocław jest to możliwe! Sprawdź: implanty Wrocław

Zegary, które pamiętają wieki

Przez warsztat Janusza Laudańskiego przewinęły się setki, jeśli nie tysiące zegarów. Większość z nich pochodzi z czasów przedwojennych. Wiele przyjechało do Wrocławia z Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Każdy egzemplarz to osobna opowieść o epoce, w której powstał, o rękach, które go stworzyły, i domach, w których przez lata odmierzał czas.

Wśród naprawianych mechanizmów znalazły się także prawdziwe perły. Jedną z nich był zegar Franza Kranza – wiedeńskiego mistrza, który tworzył na zamówienie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Najstarsze zegary, jakie trafiały do zakładu, pamiętają nawet XVI wiek.

To nie są przedmioty, które da się zastąpić. Każdy mechanizm wymaga indywidualnego podejścia, często ręcznego dorabiania elementów, których nie sposób już kupić.

Więcej niż naprawa

Zegary trafiające do Przejścia Żelaźniczego rzadko są zwykłymi przedmiotami. Dla właścicieli to rodzinne pamiątki, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Wisiały w domach dziadków, odmierzały czas dzieciństwa, były świadkami rodzinnych świąt i codziennych rytuałów.

Pan Janusz nie ukrywa, że wiele napraw jest finansowo nieopłacalnych. Wymagają godzin pracy, precyzji i cierpliwości, a koszt naprawy bywa wyższy niż rynkowa wartość zegara. Mimo to klienci decydują się na renowację, bo wartość sentymentalna jest nie do przecenienia.

To właśnie wtedy, gdy po latach ciszy mechanizm znów zaczyna pracować, dzieje się coś więcej niż zwykła naprawa. Jak mówi zegarmistrz, ludzie znów mogą usłyszeć dźwięki dzieciństwa. Tykanie, które kiedyś było tłem codzienności, nagle wraca i przywołuje wspomnienia.

Czas zapisany w rytmie miasta

Zakład Janusza Laudańskiego jest dziś jednym z ostatnich takich miejsc w centrum Wrocławia. W świecie cyfrowych wyświetlaczy i jednorazowych przedmiotów pozostaje wyspą rzemiosła, cierpliwości i szacunku dla rzeczy, które przetrwały wieki.

Od 46 lat, niezmiennie, w cieniu wrocławskiego Rynku, czas nadal tyka. Nie goni. Nie przyspiesza. Po prostu trwa, zamknięty w mechanizmach, które dzięki jednej parze rąk wciąż mają szansę opowiadać swoje historie kolejnym pokoleniom.